Futbol, ten dzisiejszy i ten wczorajszy, ten polski i ten światowy. - by Krystian Nowak
środa, 09 lipca 2014

Deszczowa pogoda powoduje, że już nie mogę się doczekać wieczornego szlagieru w drugim półfinale Mundialu. Przyznam się, że nie mam zielonego pojęcia kto może wyjść zwycięską ręką ze starcia Argentyny i Holandii. 

Podopieczni Sabelli grają na tych mistrzostwach po włosku, typowo zachowawczo, starając się wygrywać mecze jak najmniejszym nakładem sił. Mogą sobie na to pozwolić, bo ich obrona wygląda najsolidniej spośród wszystkich ekip jakie oglądaliśmy  w Brazylii, a o to Argentyńczyków chyba byśmy nigdy nie podejrzewali. Ta drużyna ma też bez wątpienia olbrzymi potencjał ofensywny - wystarczy spojrzeć na nazwiska. Zastanawiam się tylko czy będą w stanie ten potencjał odpalić, gdy zajdzie taka potrzeba. Zmierzam do tego, że dziś wieczorem może się okazać, iż z Holendrami nie da się grać tak jak Albicelestes robili to w ostatnich meczach. Drużyny z którymi się do tej pory mierzyli można było  wybijać z uderzenia, bo same nie miały zbyt wielu gotowych schematów na rozpracowanie defensywy rywala w ataku pozycyjnym. To się tyczy np. Belgów. Zmiany jakich dokonywał na tym Mundialu Wilmots jakkolwiek pozytywne to jednak zdezorganizowały. Zdezorganizowały w tym sensie, że często brakowało pomysłu na ostatnie. Belgowie kończyli swoje akcje spontanicznie, stąd ponad 30 strzałów w meczu z USA i tylko 2 bramki. Zaproszenie Holendrów by zadomowili się na argentyńskiej połowie, może być dla Messiego  i spółki tragiczne w skutkach, bo Holendrzy owe schematy mają, w tym ten największy i przerażający w swej prostocie - dośrodkowanie Blinda na głowę van Persiego. 

Co do samych Holendrów to widać, że filozofia gry Van Gaala nie jest do końca przez jego podopiecznych opanowana. Ta perfekcyjna w założeniu taktyka momentami się sypie. Pomarańczowi jak do tej pory, najwięcej zawdzięczają właśnie swojemu trenerowi, który jak do tej pory w najbardziej newralgicznych momentach spotkania decyduje się nie na najlepsze, lecz najbardziej zaskakujące posunięcie i przynosi to skutek. 

Nie sympatyzuje tutaj ani z jedną ani z drugą ze stron, marzę o jednym - szybko strzelonym golu przez kogokolwiek. Wtedy widowisko się rozrusza chociaż... wczoraj też tak myślałem :)

 

PS. Tak na marginesie to żal mi Scolariego. Coś czuje że bardziej niż z jednym z 5 Pucharów        Świata, będą go kojarzyć z bezsprzecznie największą klęską.

Zdaję sobie sprawę z tego, że tytuł notki najmniej oryginalny z możliwych, no ale jak to nazwać inaczej. Nie będzie tutaj skomplikowanych analiz, bo pora już dosyć późna, ale:

  1. Brazylia bez dwóch ludzi - tego, który koordynował działania w defensywie i tego, który napędzał działania w ofensywie - jest co najwyżej drużyną przeciętną.
  2. Ja wiem, że teraz to wszyscy są mądrzy, ale nie wiem czy dla dobra brazylijskiego futbolu i serc kibiców nie byłoby lepiej odpaść wcześniej. Przeczołgiwanie się przez kolejne rundy okupowane stratą kluczowych graczy okazało się finalnie zgubne. 
  3. Dwie najtęższe głowy brazylijskiej myśli szkoleniowej omal nie zapadły się ze wstydu pod ziemię, ale zanim kibice na nich naskoczą należy zadać pytanie czy nie wycisnęli z tej drużyny maksimum. Może po prostu Brazylia cieszy się obecnie trochę słabszym piłkarsko pokoleniem niż standardowo. Jeśli w ataku gra Fred, gra słabo i gra dalej, bo nie ma go kim wymienić to nie jest dobrze. Jedyne czego Felipą (wersja Szpakowskiego) miał w nadmiarze to defensywni pomocnicy. W zasadzie wszyscy pomocnicy Brazylii poza Oscarem są defensywni. Ba, juz stoper David Luiz jest bardziej ofensywny od nich. 


Co napisać o Niemcach? Przegrywanie w półfinale najwyraźniej im się znudziło i mieli gdzieś, że naprzeciw nich stanie gospodarz. To jest ulepszona Hiszpania z RPA, taki-taka + wysokie tempo rozgrywania piłki i zabójcze kontry. Mimo naszych licznych uprzedzeń chyba trzeba im kibicować w finale. Lepszej drużyny te Mistrzostwa nie widziały.

PS. Mała ciekawostka, 4 lata temu Hiszpanie potrzebowali ośmiu bramek żeby zdobyć tytuł. Na       turnieju w Brazylii 6 bramek nie wystarczyło Chorwacji do wyjścia z grupy. 
 

 

 

 

wtorek, 17 czerwca 2014
Życzyłbym sobie oglądać zawsze futbol na takim poziomie. Obejrzałem przed chwilą najlepszy póki co mecz turnieju. Canarinhos zostali zatrzymani, Ochoa w stylu polskich bramkarzy zamurował bramkę.
Z powodu natłoku obowiązków nie dane było mi komentować na bieżąco wydarzeń z Brazylii. Nie mogłem jednak zignorować święta futbolu. Mundial na moim blogu zaczyna się dziś i mam nadzieję, że nic nie przeszkodzi mi już w regularnym publikowaniu wpisów.
poniedziałek, 17 lutego 2014

Trzeba pochwalić naszych skoczków za dzisiejszy występ w konkursie drużynowym na Igrzyskach w Soczi. W mediach różnie jest ten wynik odbierany. Jak wielokrotnie podkreślał w czasie trwania transmisji komentujący zawody Marek Rudziński, Polacy zajmując 4. miejsce zanotowali swój najlepszy wynik w historii. Inna sprawa, że liczyliśmy na trochę więcej, bo chyba pierwszy raz mieliśmy realne szanse na medal. 

Konkurs drużynowy może wydawać się skomplikowany, skacze się po czterech w drużynie, z różnych belek, w sumie 8 skoków. Mimo to zawsze się rozchodzi o jedno i to samo. Kto chce skończyć zawody na podium, nie może pozwolić sobie na żadną wpadkę, każdy zawodnik musi oddać po dwa dobre skoki, czyli razem osiem. To jest podstawowe kryterium, które spełnione być musi. Biało-czerwoni oddali dobrych skoków siedem, nie trzeba być mistrzem matematyki żeby wyliczyć, że to o jeden za mało. Nie che się pastwić nad naszym sympatycznym Piotrem Żyłą, bo drugim skokiem pokazał, że za wcześnie go skreśliliśmy, niemniej jednak to tych jego metrów z pierwszej serii zabrakło nam najbardziej. Królowa nauk jest nieubłagana, do Japończyków straciliśmy 14 punktów z hakiem czyli jakieś 8 metrów, wystarczyłoby żeby w każdej próbie lądować o metr dalej. Tylko, że to Pan Piotr uleciał na 121 metrów, kiedy wszyscy, którzy się liczyli lądowali w okolicach 130. Gdyby wylądował te 8 metrów dalej pewnie cieszylibyśmy się z brązu.

Na więcej na pewno nas nie było stać. Na więcej też nie powinniśmy liczyć, oczekiwania wzrosły dopiero w czasie Igrzysk, ale bardziej dlatego, że inni radzili sobie słabo niż,że nasi skakali tak dobrze. Za wcześnie postawiono kreskę na Austriakach. Te Igrzyska mimo dzisiejszego medalu i tak są najchudszymi za kadencji kończącego chyba swoją misję Alexandra Pointnera, ale dzisiaj jego podopieczni pokazali, że nie przypadkowo dominowali przez tyle lat. To nie czas na narzekanie, ale dzisiejszy konkurs nauczył nas kibiców i zawodników pewnie również trochę pokory, bo sport to zawsze sport. Dzisiaj po prostu byliśmy minimalnie gorsi.Polakom brakło trochę mocy, abstrachując od nieszczęsnego skoku Żyły, w pierwszej serii w każdej kolejce minimalnie, ale jednak przegrywaliśmy z najgroźniejszymi rywalami, co po kilku skokach wygenerowało pokaźną stratę. Dziś nawet Kamil nie dał rady odskoczyć rywalom, co świadczy o tym, jak wysoki poziom miał ten konkurs. Trzeba też pamiętać, że dwa złota Polaka w indywidualnych konkursach to w równej mierze jego kunszt, co odrobina szczęścia, bo nie tylko on był w Soczi w życiowej formie.

Mus jest poświęcić kilka słów złotym medalistom - Niemcom. Wernerowi Schusterowi chyba spadł kamień z serca, bo Niemcy łeb w łeb z Austriakami pruli po miano największych przegranych Igrzysk, szczególnie ich lider Severin Freund, który będac w szczytowej formie na normalnej skoczni upadł, a na dużej otarł się o podium. To na pewno wielki sukces niemieckich skoków, które za sprawą Schustera odżyły. Austriak zebrał świetną ekipę, która wciąż jeszcze nie pokazała pełni możliwości. To samo można powiedzieć z resztą o podopiecznych Łukasza Kruczka. Miejmy nadzieję, że tak jak zapowiadał, to jest dopiero początek.   

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
NAPISZ DO AUTORA